Sześć miesięcy temu przeprowadziłam się do tego pięknego miasta. 14 września - dzień, w którym postanowiłam, że pora się wyrwać z rodzinnego gniazdka i zobaczyć jak to wygląda, kiedy większość trzeba zrobić samemu. Zwerbowałam dwie koleżanki na swoją stronę. Wydawało mi się, że nie jestem aż tak odważna, żeby wyjechać całkiem sama i to 400 km od domu. Mogłam sobie wmawiać, że wcale nie będę tęsknić, ale to i tak nie pomagało. Ilekroć podejmuje się taką decyzję, która ma zmienić w naszym życiu coś więcej niż tylko wzorek na skarpetkach, jest ona dosyć trudna. Przyznam szczerze i bez bicia - nie wiedziałam w co się pakuję. Pretekstem były studia. W końcu udało się zdać maturę, przebrnąć przez technikum, zdobyć ten tytuł. Przyświecał mi tylko jeden cel: chcę wyjechać, zacząć od nowa. Wybrałam kierunek językowy, nie dostałam się na niego. Chyba już wtedy miałam to odczytać jako znak, że to zły pomysł. Stwierdziłam, że to czas na alternatywny plan działania - rekrutacja na kierunek, na który przyjmują prawie wszystkich. Jak się okazało przyjęto ponad 230 osób.
Poznań okazał się miastem idealnym. Zakochałam się w nim od pierwszego wejrzenia, a wcześniej nie doświadczyłam czegoś podobnego, więc samo pragnienie zamieszkania w tym mieście okazało się bardzo niepokojące. Wiadomo, rodzina nie przyjęła tego zbyt dobrze. "A czemu tak daleko? Jak ty sobie poradzisz? Nie mogłaś bliżej?". Nie potrafili zrozumieć dlaczego, choć i ja zbytnio tego nie rozumiałam. Nie wymagałam od nich niczego oprócz wsparcia.
Po znalezieniu mieszkania, zrobiłam listę potrzebnych rzeczy. Czekałam i nie czekałam na moment wyprowadzki. Z jednej strony nie potrafiłam się doczekać, ale mając takie długie wakacje miałam sporo czasu, żeby pomyśleć nad swoją decyzją. Bałam się, że nie ogarnę tego. Klamka zapadła, więc nie było mowy o zrezygnowaniu. Tata milczał, mama tylko upewniała się czy znalazłam jakieś kartony do pakowania. Kiedy jeździłyśmy co sobotę na jakieś większe zakupy, bombardowała mnie pytaniami typu: "Może kupić ci to? Przyda ci się... A tego jeszcze nie masz, zobacz!". Czasami chciało mi się płakać jak to słyszałam, ale tylko zaciskałam zęby i żadna łza nie spłynęła po moim policzku.
Prawdę mówiąc zaczęłam się pakować tydzień przed wyprowadzką. Ba, teraz nie jestem dokładnie pewna czy to był równy tydzień - możliwe, że mniej. Ubrania, kosmetyki pakowałam w nocy z 13 na 14 września. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że osiągnęłam co chciałam. Usiadłam pośród tych wszystkich toreb i porozrzucanych ciuchów, rozejrzałam się po swoim pokoju i zaczęłam płakać. Mówią, że zwierzęta wyczuwają nasz smutek... Nie wątpiłam w to. Luna, nasz kochany psiak, przyleciała z sypialni rodziców i zaczęła drapać po moich drzwiach. Wzięłam ją na ręce i rozryczałam się jak dziecko. Nie byłam na to gotowa. Miałam zostawić wszystko tak jak stało, wszystkie książki, zdjęcia na ścianach, wspomnienia.
Samochód był zapakowany na tyle, że pojechali w nim tylko moi rodzice. Ja zabrałam jedną torbę i ruszyłam w podróż pociągiem razem z jedną koleżanką. Większość drogi zastanawiałam się jak to będzie, kiedy będę musiała się pożegnać z mamą i tatą. Dwa dni wcześniej odwiedziłam po raz ostatni babcie - to również nie było łatwe.
Mogłam i nie mogłam. Chciałam i nie chciałam. Zrobiłam jak zrobiłam i nie żałuję. Ten strach był chwilowy. Tęsknota pojawia się raz na jakiś czas, boli tak samo jak za pierwszym razem... Ale wiem, że prędzej czy później musiałabym to zrobić. Zachowałam się egoistycznie, bo myślałam tylko o sobie, jednak ta wyprowadzka pomogła nie tylko mnie. Dzięki temu poprawiły się moje relacje z bliskimi i uszczęśliwiłam nie tylko siebie.
Aha, bo wy nie wiecie. Cześć, jestem engell. Mam 21 lat, jestem lesbijką i w Poznaniu znalazłam swoją dziewczynę, której tak długo szukałam!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz