Święta, święta i po świętach. Minęły szybko, ale w dobrym towarzystwie. Jakieś dwa tygodnie temu okazało się, że nie dam rady przyjechać do domu na ten czas. Praca wymagała dniówki w świąteczną sobotę, tak samo jak wczoraj. Po dokładnym przekalkulowaniu czasu podróży i czasu spędzonego w domu stwierdziłyśmy, że zostajemy w Poznaniu. Decyzja do najprostszych nie należała, bo doskonale wiedziałyśmy, że w rzeczywistości nie przejdzie to tak łatwo i bez echa. Mówiąc, że "stwierdziłyśmy" mam tu na myśli fakt, że mama zaprosiła moją dziewczynę na święta do nas. I to za pierwszym razem jak tylko się spotkały! Wiecie jak to jest, skoro teściowa chwali to znaczy, że coś jest na rzeczy. Bardzo mi to odpowiada, naprawdę.
Wracając do sprawy świąt. Osobiście uważam, że wyzwaniem było poinformować ojca jak i obie babcie. One uważają, że mogłabym wrócić do domu, bo przecież mogłabym robić to samo tam co tutaj w Poznaniu. Kilka nocy zadręczania się tym mam za sobą... Ale tak to jest, kiedy przez większą część swojego życia dostosowujesz się i zachowujesz się tak jak należy bądź tak jak tego wymagają. Później wielkie zdziwienie, gdy zaczynasz układać swoje życie pod siebie, a nie pod kogoś. Najprościej byłoby wrócić z podkulonym ogonem do rodziców i obijać się przez 24/7, wysłuchując przy tym pretensji dlaczego nic nie robię. Tak teraz sobie myślę, że gdybym tam została, uczyłabym się z nudów. Może w akcie desperacji poprawiłabym maturę - bo przecież zawsze może być lepiej! Ech, gdybanie... Nikomu nie wyszło to na dobre. Co ma być to będzie, a na razie jest pięknie.
Mama stwierdziła, że skoro ja nie dam rady przyjechać do nich, to oni przyjadą do mnie. Psiunia została wydelegowana do babci na służbę, a oni pozbierali rzeczy i przejechali prawie 400 km, żeby spędzić święta razem. Nie docierało to do mnie, dopóki nie usiedliśmy do wielkanocnego śniadania w niedzielę. Moi rodzice, brat, ja i moja dziewczyna. Wtedy prawie popłakałam się ze wzruszenia. Każdy chciałby, żeby osoba, z którą jest się w związku została tak dobrze przyjęta i zaakceptowana. Trochę się bałam, że będzie drętwo, dziwnie i z odległości kilometra wyczuje się tą nieprzyjemną atmosferę. Cóż, nic bardziej mylnego! Wszyscy ze sobą rozmawiali, śmiali się... Poczułam się tak jakbyśmy mieszkały razem. Moje współlokatorki wyjechały kilka dni wcześniej, więc praktycznie miałyśmy całe mieszkanie do swojej dyspozycji, dzięki czemu bez problemu nasi goście mogli u nas zostać. Doszłam do wniosku, że w tym pięknym obrazku nie ma nic, co chciałabym zmienić. Jest tak jak być powinno. Akceptacja, zrozumienie i miłość - może być lepiej?
W związkach takich jak mój, gdzie dwie dziewczyny postanawiają w jakiś sposób dzielić ze sobą życie, jedyne czego oczekujemy od naszych rodziców to zrozumienie. Żeby nie linczowali nas tylko wspierali w tych wyborach, których dokonujemy. Żeby kochali nas nadal, przez pryzmat tego jacy jesteśmy. Żeby cieszyli się z naszego szczęścia... Czasami okazuje się, że to zbyt wiele. Doskonale wiem, że jest dużo osób, które nie mogą powiedzieć, że zostali zaakceptowani przez swoich najbliższych. Może nie teraz, ale pewnego dnia, kiedy doświadczycie podobnej sytuacji jak moja podczas świąt, zrozumiecie o czym mówię. W tamtej chwili miałam poczucie, że nie ma nic, z czym nie poradziłabym sobie. Kochać i być kochanym - tego Wam wszystkim życzę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz