Poznań, 2016

Poznań, 2016

wtorek, 29 marca 2016

Świątecznie

Święta, święta i po świętach. Minęły szybko, ale w dobrym towarzystwie. Jakieś dwa tygodnie temu okazało się, że nie dam rady przyjechać do domu na ten czas. Praca wymagała dniówki w świąteczną sobotę, tak samo jak wczoraj. Po dokładnym przekalkulowaniu czasu podróży i czasu spędzonego w domu stwierdziłyśmy, że zostajemy w Poznaniu. Decyzja do najprostszych nie należała, bo doskonale wiedziałyśmy, że w rzeczywistości nie przejdzie to tak łatwo i bez echa. Mówiąc, że "stwierdziłyśmy" mam tu na myśli fakt, że mama zaprosiła moją dziewczynę na święta do nas. I to za pierwszym razem jak tylko się spotkały! Wiecie jak to jest, skoro teściowa chwali to znaczy, że coś jest na rzeczy. Bardzo mi to odpowiada, naprawdę.

Wracając do sprawy świąt. Osobiście uważam, że wyzwaniem było poinformować ojca jak i obie babcie. One uważają, że mogłabym wrócić do domu, bo przecież mogłabym robić to samo tam co tutaj w Poznaniu. Kilka nocy zadręczania się tym mam za sobą... Ale tak to jest, kiedy przez większą część swojego życia dostosowujesz się i zachowujesz się tak jak należy bądź tak jak tego wymagają. Później wielkie zdziwienie, gdy zaczynasz układać swoje życie pod siebie, a nie pod kogoś. Najprościej byłoby wrócić z podkulonym ogonem do rodziców i obijać się przez 24/7, wysłuchując przy tym pretensji dlaczego nic nie robię. Tak teraz sobie myślę, że gdybym tam została, uczyłabym się z nudów. Może w akcie desperacji poprawiłabym maturę - bo przecież zawsze może być lepiej! Ech, gdybanie... Nikomu nie wyszło to na dobre. Co ma być to będzie, a na razie jest pięknie.

Mama stwierdziła, że skoro ja nie dam rady przyjechać do nich, to oni przyjadą do mnie. Psiunia została wydelegowana do babci na służbę, a oni pozbierali rzeczy i przejechali prawie 400 km, żeby spędzić święta razem. Nie docierało to do mnie, dopóki nie usiedliśmy do wielkanocnego śniadania w niedzielę. Moi rodzice, brat, ja i moja dziewczyna. Wtedy prawie popłakałam się ze wzruszenia. Każdy chciałby, żeby osoba, z którą jest się w związku została tak dobrze przyjęta i zaakceptowana. Trochę się bałam, że będzie drętwo, dziwnie i z odległości kilometra wyczuje się tą nieprzyjemną atmosferę. Cóż, nic bardziej mylnego! Wszyscy ze sobą rozmawiali, śmiali się... Poczułam się tak jakbyśmy mieszkały razem. Moje współlokatorki wyjechały kilka dni wcześniej, więc praktycznie miałyśmy całe mieszkanie do swojej dyspozycji, dzięki czemu bez problemu nasi goście mogli u nas zostać. Doszłam do wniosku, że w tym pięknym obrazku nie ma nic, co chciałabym zmienić. Jest tak jak być powinno. Akceptacja, zrozumienie i miłość - może być lepiej?

W związkach takich jak mój, gdzie dwie dziewczyny postanawiają w jakiś sposób dzielić ze sobą życie, jedyne czego oczekujemy od naszych rodziców to zrozumienie. Żeby nie linczowali nas tylko wspierali w tych wyborach, których dokonujemy. Żeby kochali nas nadal, przez pryzmat tego jacy jesteśmy. Żeby cieszyli się z naszego szczęścia... Czasami okazuje się, że to zbyt wiele. Doskonale wiem, że jest dużo osób, które nie mogą powiedzieć, że zostali zaakceptowani przez swoich najbliższych. Może nie teraz, ale pewnego dnia, kiedy doświadczycie podobnej sytuacji jak moja podczas świąt, zrozumiecie o czym mówię. W tamtej chwili miałam poczucie, że nie ma nic, z czym nie poradziłabym sobie. Kochać i być kochanym - tego Wam wszystkim życzę.

środa, 23 marca 2016

Z cywilizowanej wsi do wielkiego miasta

W moim rodzinnym mieście nie można się zgubić. Z każdego skrzyżowania dotrze się do wyznaczonego miejsca. Młodzież spotyka się w jednym miejscu, żeby posiedzieć na hotspocie McDonalda. W dni wolne, w zakończenie roku szkolnego, a nawet w któryś dzień świąt, wręcz roi się tam od ludzi. Nie ma co ukrywać, że brakuje takiego miejsca, w którym można byłoby posiedzieć, wypić dobrą herbatę... I co najważniejsze, żeby wszystko pasowało do tamtejszego życia i miało w sobie to "coś".

Za każdym razem jak tam przyjeżdżam odnoszę wrażenie, że zupełnie nic się nie zmienia. Czasami zdążę zjechać do domu dwa razy w krótkim czasie i okazuje się, że ozdoby świąteczne dalej wiszą na lampach. Znam ludzi, których mijam, wiem gdzie iść i potrafię oszacować ile czasu zajmie dotarcie tam. Mam swoje ulubione miejsca - w tym niezawodną bibliotekę, w której jest zawsze wyprzedaż książek za złotówkę! - znajomych, z którymi spędziłam wiele cudownych chwil... Jednak to nie wystarczy, żeby tam zostać. Bez znajomości i szerokich pleców nie dostaniesz nawet pracy w Biedrze na kasie. Przynajmniej ja odnoszę takie wrażenie. Nie zmienia to faktu, że ciężko jest tam cokolwiek osiągnąć. Z kolei jak wracam do Poznania, mam poczucie, że wracam do miasta, którego tak bardzo szukałam. Nie wiem czy to jedno jedyne miejsce na Ziemi, które jest mi pisane. Równie dobrze może się okazać, że to dopiero początek odkrywania tego poczucia przynależności. Wszyscy wiemy, że nie żyje się łatwo i przyjemnie w miejscu, w którym sami źle się czujemy.

Co robię w Poznaniu? Obecnie pracuję. Złapałam pierwszą lepszą robotę, żeby tutaj zostać. Raz jest lepiej, raz gorzej. Wszystko zależy od dnia, klientów, moich przełożonych. Już nie raz zdarzyło mi się płakać po powrocie do domu. Taka odporność na presję, stres i problemy przychodzi z czasem. Wiem że chwilami bywa naprawdę beznadziejnie, ale to nie świadczy o mnie. Wbrew pozorom mam wysoką samoocenę i poczcie własnej wartości. Byle komu i byle co nie dam sobie wmówić.
Bywa różnie - choćby ze względu na to, że do tej pory mam świadomość, że nie miałam pojęcia w co się pakuję. Ta nieświadomość decyzji pozwoliła mi przetrwać kilka miesięcy, kiedy wszystko waliło mi się na głowę. Sama nie dałabym rady, doskonale to wiem. W szczególności, gdy ciosy szły od moich najbliższych i w nielicznych przypadkach od przyjaciół. Mam ją - dziewczynę, którą kocham najbardziej na świecie. To dla niej ogarniam swoje życie, kiedy najmniej chcę to robić, a ona będąc przy mnie daje mi najpiękniejsze świadectwo swojej miłości. A w dzisiejszych czasach bardzo trudno o kogoś takiego.

wtorek, 22 marca 2016

Bo to wcale nie było łatwe


Sześć miesięcy temu przeprowadziłam się do tego pięknego miasta. 14 września - dzień, w którym postanowiłam, że pora się wyrwać z rodzinnego gniazdka i zobaczyć jak to wygląda, kiedy większość trzeba zrobić samemu. Zwerbowałam dwie koleżanki na swoją stronę. Wydawało mi się, że nie jestem aż tak odważna, żeby wyjechać całkiem sama i to 400 km od domu. Mogłam sobie wmawiać, że wcale nie będę tęsknić, ale to i tak nie pomagało. Ilekroć podejmuje się taką decyzję, która ma zmienić w naszym życiu coś więcej niż tylko wzorek na skarpetkach, jest ona dosyć trudna. Przyznam szczerze i bez bicia - nie wiedziałam w co się pakuję. Pretekstem były studia. W końcu udało się zdać maturę, przebrnąć przez technikum, zdobyć ten tytuł. Przyświecał mi tylko jeden cel: chcę wyjechać, zacząć od nowa. Wybrałam kierunek językowy, nie dostałam się na niego. Chyba już wtedy miałam to odczytać jako znak, że to zły pomysł. Stwierdziłam, że to czas na alternatywny plan działania - rekrutacja na kierunek, na który przyjmują prawie wszystkich. Jak się okazało przyjęto ponad 230 osób. 

Poznań okazał się miastem idealnym. Zakochałam się w nim od pierwszego wejrzenia, a wcześniej nie doświadczyłam czegoś podobnego, więc samo pragnienie zamieszkania w tym mieście okazało się bardzo niepokojące. Wiadomo, rodzina nie przyjęła tego zbyt dobrze. "A czemu tak daleko? Jak ty sobie poradzisz? Nie mogłaś bliżej?". Nie potrafili zrozumieć dlaczego, choć i ja zbytnio tego nie rozumiałam. Nie wymagałam od nich niczego oprócz wsparcia.

Po znalezieniu mieszkania, zrobiłam listę potrzebnych rzeczy. Czekałam i nie czekałam na moment wyprowadzki. Z jednej strony nie potrafiłam się doczekać, ale mając takie długie wakacje miałam sporo czasu, żeby pomyśleć nad swoją decyzją. Bałam się, że nie ogarnę tego. Klamka zapadła, więc nie było mowy o zrezygnowaniu. Tata milczał, mama tylko upewniała się czy znalazłam jakieś kartony do pakowania. Kiedy jeździłyśmy co sobotę na jakieś większe zakupy, bombardowała mnie pytaniami typu: "Może kupić ci to? Przyda ci się... A tego jeszcze nie masz, zobacz!". Czasami chciało mi się płakać jak to słyszałam, ale tylko zaciskałam zęby i żadna łza nie spłynęła po moim policzku. 

Prawdę mówiąc zaczęłam się pakować tydzień przed wyprowadzką. Ba, teraz nie jestem dokładnie pewna czy to był równy tydzień - możliwe, że mniej. Ubrania, kosmetyki pakowałam w nocy z 13 na 14 września. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że osiągnęłam co chciałam. Usiadłam pośród tych wszystkich toreb i porozrzucanych ciuchów, rozejrzałam się po swoim pokoju i zaczęłam płakać. Mówią, że zwierzęta wyczuwają nasz smutek... Nie wątpiłam w to. Luna, nasz kochany psiak, przyleciała z sypialni rodziców i zaczęła drapać po moich drzwiach. Wzięłam ją na ręce i rozryczałam się jak dziecko. Nie byłam na to gotowa. Miałam zostawić wszystko tak jak stało, wszystkie książki, zdjęcia na ścianach, wspomnienia. 

Samochód był zapakowany na tyle, że pojechali w nim tylko moi rodzice. Ja zabrałam jedną torbę i ruszyłam w podróż pociągiem razem z jedną koleżanką. Większość drogi zastanawiałam się jak to będzie, kiedy będę musiała się pożegnać z mamą i tatą. Dwa dni wcześniej odwiedziłam po raz ostatni babcie - to również nie było łatwe. 

Mogłam i nie mogłam. Chciałam i nie chciałam. Zrobiłam jak zrobiłam i nie żałuję. Ten strach był chwilowy. Tęsknota pojawia się raz na jakiś czas, boli tak samo jak za pierwszym razem... Ale wiem, że prędzej czy później musiałabym to zrobić. Zachowałam się egoistycznie, bo myślałam tylko o sobie, jednak ta wyprowadzka pomogła nie tylko mnie. Dzięki temu poprawiły się moje relacje z bliskimi i uszczęśliwiłam nie tylko siebie.

Aha, bo wy nie wiecie. Cześć, jestem engell. Mam 21 lat, jestem lesbijką i w Poznaniu znalazłam swoją dziewczynę, której tak długo szukałam!